magdaemfoto

tell me something real
Kwi 09

 

25230029as

25230028s

25230024s

25230025s

25230033s

25230020as

25360002s

25360004as

25360028as

25360029s

25210012as

25230001s

25210016s

25210022ass

Do Wietnamu zabrałam ze sobą cztery aparaty, dwa cyfrowe i dwa analogowe (stare, starutkie) . Chodziłam z nimi wszędzie, spałam z nimi w pociągach, autobusach, na lotnisku ( co wcale nie jest takie proste…spróbujcie spać z czterema aparatami np. na lotnisku…nie wiecie jak ? chętnie pomogę, opatentowałam już tyle wariantów, że na spanie z aparatami nie ma na mnie mocnych) , na plaży, w samolocie…czasem nawet w łóżku…A to dlatego, że po pierwsze: nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie zrobić zdjęcie, a po drugie… to aparatów się samych nie zostawia w dalekiej podróży. Zebrałam zdjęcia, dostałam weny i napisałam coś o podróżowaniu, które jest bardzo dużą częścią mojego życia. I było tak od zawsze, odkąd pamiętam… już jako gnojek spakowana byłam 2 tygodnie przed każdym wyjazdem i odliczałam dni z motylami w brzuchu. Ale później, gdy „podrosłam” 😉  zdałam sobie sprawę, że życie wymusza na nas obecność w jednym miejscu. Nie krytykuję, stwierdzam fakt. Trzeba zarabiać, być i pilnować swoich interesów, jakie by nie były, czy to szkoła, czy praca, czy rybki w akwarium. Moje sposoby na podróżowanie są dla mnie oczywiste, ja po prostu zrobię wszystko, by nie siedzieć zbyt długo w domu (widziałam jak to robił Indiana Jones 😉 wsiadał do samolotu i już 😉 ) . Wiem jak zorganizować czas i pieniądze. Wiem też, że nic się nie stanie, jeśli nie będę wszystkiego pilnowała osobiście. Umiem dać sobie tak zwaną „wolność”…ale kiedyś to nie było takie proste… Uświadomiłam sobie to, gdy znajoma zadała mi piękne pytanie…o to jak wyjechać, od czego zacząć, gdy człowiek chce dać sobie wolność, gdzie pojechać, by poczuć błogość i wdzięczność do świata w najczystszej postaci…

Otóż moi drodzy…

Moja pierwsza podróż zaplanowana była do Azji (Tajlandia, Laos, Kambodża, Wietnam). Mieliśmy lecieć na dwa miesiące, ja, Paweł i Barszczak. Pamiętam doskonale, że podjęłam wtedy dodatkową pracę w Irish Pubie w Rzeszowie ( od 18 do 4 rano ), by odłożyć więcej. Nagle okazało się, że doba jest mega długa ( musiałam też opłacić czynsz za kawalerkę, którą wynajmowałam, za 2 miesiące mojej nieobecności w Polsce, uzbierać na życie w Indochinach, kupić przewodniki, wizę i inne gadżety podróżne ). Wyjazd miał być tani, i tego się trzymaliśmy.Ostatecznie wiedziałam, że nie będę mogła wydać więcej niż 3000 zł na dwa miesiące. Szalone plany się snuły w naszych szalonych głowach, i w końcu wyszło na jaw, bo przecież musiało wyjść, gdzie i na ile się wybieramy. Przysięgam, w życiu nie słyszałam wcześniej tylu dziwnych pytań i argumentów „na nie”( wiadomo, nie od wszystkich), a poco, a dlaczego zostawiam pracę (która i tak była nie dla mnie i nie wiązałam z nią żadnych sentymentów, ani przyszłości ), a czy ja nie mogę jak „normalni ludzie” siedzieć na miejscu na dupie, a co ja tam będę robić, a przecież powinnam się ustatkować, a nie włóczyć, a czy się nie boję, a co zrobię jak mnie okradną, a czy się chorób nie obawiam, a dlaczego do dzikusów, łącznie z tym, że zadzwoniła do mnie ciotka z zapytaniem, kiedy to ja się zacznę rozmnażać ( tak się próbuje „sprowadzać na ziemię” dziewczyny, gdyby ktoś nie wiedział ). Przepełniona dziwnymi uczuciami kupowałam pieluszki tetrowe….by zabrać je ze sobą… jako ręczniki – lekkie i szybko schnące, miałam ze sobą dwie. Finalnie mój plecak ważył 7 kg. Polecieliśmy, wspominam to jako najlepszy czas w moim życiu.  Choć chwilami nie było łatwo. Spaliśmy we trójkę każdej nocy w jednym łóżku, bo za jeden pokój na trzy osoby wychodziło 9 dolarów, a za dwa osobne pokoje 24 dolary ( 9 dolarów – jedynka, plus 15 dolarów – dwójka ). Przejechaliśmy i przeszliśmy tysiące kilometrów. Poczułam co to znaczy prawdziwa gościnność, zobaczyłam rzeczy, które otworzyły mi umysł, przeżyłam sytuacje, które otworzyły moje europejskie serce, trzy razy zdarłam japonki, by przekonać się, że boso też można, chodziłam w dwóch tych samych t-shirtach na zmianę przez dwa miesiące, spociłam się w miejscach, w których nawet nie wiedziałam, że się da, robiłam pranie w umywalce i codziennie brałam prysznic z wiaderka ( zimną wodą ). Mówcie co chcecie, dowiedziałam się o sobie i świecie więcej niż przez rok mieszkania w Polsce. To było osiem lat temu. Od tamtej pory wyjeżdżam do Azji regularnie i każdemu polecam. Jeśli zastanawiasz się jak… od czego zacząć, to tak naprawdę nie ma jakiegoś magicznego słowa, ani wydarzenia, które sprawią, że to się stanie… nie spadnie też worek pieniędzy…ja na przykład zwyczajnie odkładam na wyjazdy. Przewiduję wydatki i czytam. I z doświadczenia wiem, że miesiąc w Indiach jest tańszy, niż miesiąc w Polsce przy oszczędnym trybie życia, ba , jest nawet tańszy niż dwutygodniowe  wakacje w nad morzem. To co najbardziej nas hamuje, to obawy, które najczęściej nie mają realnego uzasadnienia i zwykłe lenistwo.  Nie trzeba jechać  na długo, ale trzeba zwyczajnie chcieć. Trzeba chcieć mieć dość. Bo dzisiejszy europejski świat serwuje nam pośpiech, zadyszkę, pogoń, a czas się kurczy, jest rano i nagle jest już wieczór, i okazuje się, że poza pracą, to nie udało się zrobić dla siebie i bliskich nic…nie udało się  poczuć swobody, wdzięczności, nie udało się spotkać z przyjaciółmi, nie udało się poczytać książki… Dlaczego tak polecam Azję, Indie w szczególności…bo moim zdaniem tam naprawdę doświadcza się  czegoś w rodzaju katharsis. Tam jest wszystko inne, inny sposób myślenia, inne priorytety,inne standardy, inne wartości, inne jedzenie, inna kultura…tam jest ta wolność, której w Europie już dawno nie ma…wolność myślenia…ktoś by powiedział, ze hindusi to dzikusy…ale…In India my friend everything is possible …a ludzie serce mają na dłoni <3  Wraca się ukochanym, ale też doświadcza się siebie samego i to jest najpiękniejsze. I mnóstwo ludzi podróżuje z dziećmi…i to jest naprawdę tańsze, niż wakacje na w Łebie…(pewnie padnie teraz pytanie…ale jak to ? z dziećmi? …. uwaga …tak ! tam też są dzieci, azjatyckie dzieci, są ! i jakoś żyją !!!! dlaczego europejskie miałyby sobie nie poradzić ? 😉 )  Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli pytania o podróż na daleki wschód, pytajcie, chętnie odpowiem, jeśli będziecie mieli wątpliwości, postaram się je rozwiać osobiście:) ja Magda, miłośniczka starych aparatów fotograficznych i przygód.

Oczywiście, że są sytuacje i rzeczy z którymi nie zgadzam się i nie utożsamiam, ale tak będzie wszędzie, gdziekolwiek się nie znajdziemy.

 

silence
Kwi 08

 

 

013s

Lubitel 166 + kodak portra 400

Na granicy z Kambodżą spotkaliśmy Pana ( często nazywam ludzi Pan,czy Pani jeśli nie potrafię sobie przypomnieć ich imienia, według mnie to bardzo przyzwoite zastępcze imiona ) …a raczej on nas spotkał i zaczepił
…snorkeling my brother? snorkeling ?
– o yes yes …how much is it ?
I to by było właściwie na tyle, jeśli chodzi o rozmowy po angielsku między nami reszta była na migi…trochę też potem rysowaliśmy. Gdy już wsiedliśmy do łódki, dopiero wtedy zorientowałam się, że Pan ma spore bielmo na oczach i prawdopodobnie nie widzi zbyt dużo. Poczułam do niego przez to jeszcze większą sympatię /tak już mam…jeśli ktoś mimo przeciwności dalej robi swoje…mam ochotę go przynajmniej uściskać/…ale do meritum… popłynęliśmy w nieznane, z nieznanym i prawie niewidomym Panem, który nie mówił po angielsku nic poza słowem „snorkeling” fajnie co ? ( welcome to Asia ). Zacumowaliśmy na wyspie, na której żyły tylko małpy i ptaki, Pan wyciągnął bardzo stare gumowe okulary i rurki i ręką pokazał, że marsz do wody, że to tu. Rafa była niesamowita, doznałam szoku… gapiłam się jak sroka w gnat…ale coś mnie tknęło, bo chyba zagrzmiało….(choć pod wodą mniej słychać ) …wystawiłam głowę i patrzę, a na horyzoncie takie chmury, że burza, to mało powiedziane… postanowiłam, że pomacham rękami do Pana z łódki i pokażę mu niebo, a on w odpowiedzi na moje obawy postanowił się śmiać i pomachać mi też… ( pamiętajmy o jego wadzie wzroku ). Oczywiście grzmiało, lało, błyskało, leciały żaby i  takie tam, udało nam się uciec, ale jeszcze przez 2 godziny czekaliśmy pod dachem knajpy aż przestanie. Ale z takim widokiem, to może nawet lać jak dla mnie …. I gdy tak padało, a ja tak patrzyłam w siną dal…zadałam sobie ( po raz chyba tysięczny ) pytanie: gdzie ja do cholery jestem ? … Zawsze w takich momentach dociera do mnie ogrom tego wszystkiego

life
Kwi 05

 

25230015as

kodak portra 400 + pentax k 1000

 

eternity
Mar 29

 

 

001aas

kodak portra + lubitel 166

another end of the world
Mar 07

 

 

_MG_0845s

_MG_0952s

_MG_0936s

_MG_0719s

1000

_MG_0960s

 

Zastanawiając się po co… dlaczego…przecież ładne zdjęcia można zrobić nawet na własnym podwórku…jasne, że można…można też nigdy nie wychodzić z domu i pisać najciekawsze książki świata posługując się wyobraźnią…można nie lubić mocnego słońca, zimna, samolotów, ostrego jedzenia, można nie chcieć poznawać ludzi….można sobie tak to tłumaczyć…ale co się kryje pod tym wszystkim u mnie? hmm… chęć poznania ….wszystkiego wokół …a najbardziej chęć poznania siebie. Wczoraj rozmawiając z pewną bliską mi osobą po raz kolejny uświadomiłam sobie, że tak naprawdę kształtują nas ekstremalne sytuacje…i zadałam sobie pytanie kim bym była bez tych chwil, które spędziłam poza tak zwaną fachowo moją (jakoś nie lubię tego określenia) „strefą komfortu”. Byłabym ładną wydmuszką myślę. I nie chcę krytykować ludzi, którzy nie podróżują, ja tylko wiem, że to jest mój sposób na widzenie świata, na zrozumienie siebie, na mój pierdolnik w czosnku (jak to przyjaciel mi powiedział) …  mnie tam ciągnęło od maleńkości…. Jak tak pojadę w siną dal, to potem długo mnie „trzyma”. Plus chyba też to, że dystans i kulturowe różnice wspomagają u mnie kreatywność i kiedy wrócę do domu, niby wszystko jest jak dawniej, ale ja już jestem inna… i to pozwala mi patrzeć na moja polską rzeczywistość nieco inaczej, lepiej, na nowo ciągle …..Zrobiłam sobie ostatnio też test osobowości, co było nawet ciekawym doświadczeniem… dostałam jako wstęp do treści cytat, jest totalnie mój. Patrząc na tych wszystkich ludzi, których spotkałam i zdjęcia, które im zrobiłam… śmiem twierdzić, że moja fotografia to wypadkowa tych słów :

„Nie interesuje mnie, jak zarabiasz na życie.Chcę wiedzieć, za czym tęsknisz i o czym ośmielasz się marzyć wychodząc na spotkanie tęsknocie swego serca. Nie interesuje mnie ile masz lat. Chcę wiedzieć, czy dla miłości, dla marzenia, dla przygody życia zaryzykujesz, że wezmą cię za głupca. „

                                                                                                                                                                                                              – Oriah Mountain Dreamer

„It doesn’t interest me what you do for a living.I want to know what you ache for and if you dare to dream of meeting your heart’s longing. It doesn’t interest me how old you are. I want to know if you will risk looking like a fool for love for your dream …for the adventure of being alive.”

– Oriah Mountain Dreamer