kobieta w Indiach

Goa ….

Tak, to prawda takie zachody słońca są na Goa. Uwielbiam ten stan i czuję się tam jak boski element kosmosu, nie ma wątpliwości, że krąży tam dobra energia. Jeśli marzy Ci się reset, to jest to idealne miejsce. Oczywiście musisz wziąć po uwagę, że nie znajdziesz tam szczególnych wygód, ale za to moc pozytywnej energii. Cała masa ludzi jeździ do Indii by odbyć swoją “spiritual journey” …i coś w tym jest, bo my Europejczycy zapominamy o pierwotnej energii. Indie najpierw Cię ukochają, a potem tym czułym gestem wyssają z Ciebie siódme poty, ale raczej będziesz im za to wdzięczny. Tam dowiesz się jaką niesamowitą mocą dysponujesz. Zatem wkroczenie w stan indyjskiej przygody warto zacząć łagodnie…od Goa.

 …

4 lutego o godzinie 9:30 wystartował samolot do Frankfurtu, potem jeszcze tylko 4 godziny oczekiwania na lot do Bombaju, 8 godzin na pokładzie i znalazłam się na miejscu. W Indiach była pierwsza w nocy. I tu rada dla wyrabiających wizę online, bo obecnie taka jest najtańsza, kolejki po jej odbiór na lotnisku są ogromne! 4 godziny stania. Weźcie to pod uwagę. Tak więc, gdy już legalnie mogłam wkroczyć na ulice Bombaju nastała 4 rano. Pociąg na Goa, a konkretnie do Margao ( bo bezpośredni do Canacony na wybrzeżu jest tylko jeden o 11:40 ze stacji Lakmanya ) odjeżdżał o 5:25 z dworca Dadar ( Jan Shatabadi 12051 ).  Z lotniska na Dadar 10 km rikszą…i heja w drogę…długą drogę z Indian Railways.

Będąc jeszcze w domu (kilka tygodni przed wyprawą) postanowiłam sprawdzić, czy uda mi się kupić bilet na ten pociąg. Lista oczekujących była duża… ok 60 osób, więc podarowałam sobie. Wiązało się to z podróżą na podłodze…ale to tylko brzmi groźnie. Uwierzcie mi… jedynie kilka godzin, które wiedziałam, że zapiszą się w mojej pamięci na zawsze. Postanowiłam mimo wszystko wsiąść w ten pełny pociąg, złapać biletera i zapytać co może dla mnie w tej sytuacji zrobić.

O 5:30 było jeszcze ciemno, w Indiach słońce wstaje i zachodzi ok 7. Pan ticketmaster, czyli konduktor polecił siedzieć na podłodze w pobliżu miejsca nr 34, ponieważ miało zwolnić się w okolicy 9:00. Zaciągnęłam więc kaptur, usadowiłam się pod ścianą, plecak wcisnęłam w kąt i w tempie ekspresowym jak w kreskówce usnęłam. Spałam 2 godziny, a gdy się obudziłam po pociągu roznosili kawę i samosy, a słońce wdzierało się pod moje zimowe ubranie z Polski. Zdjęłam bluzę i pokazałam twarz. Natychmiast w przedziale jasne się stało, że jedzie białaska i nie ma miejscówki.

 

I to co teraz napiszę jest dla mnie niesamowitym gestem gościnności…przytrafiło mi się w Indiach nie pierwszy raz. Pewna pani z końca przedziału zaczęła do mnie machać. Pomachałam jej, a ona zawołała mnie gestem pokazując, że chce ustąpić mi miejsca. Za kilka sekund inna pani zrobiła to samo. Naprawdę nie miałam serca korzystać z wygód czyimś kosztem. Wiedziałam też, że lada chwila i dla mnie zwolni się miejscówka….więc poszłam im to jakoś wytłumaczyć i stało się…jedna z nich ( ta druga ) zmusiła mnie do siedzenia. Wstała i pociągnęła mnie za rękę…oczywiście nie miałam wyjścia…klapnęłam…a ona dyndała nade mną zadowolona …też się śmiałam… uważam, że było to urocze. Istniało nawet prawdopodobieństwo, że tej pierwszej pani jest przykro…( przeszło mi przez myśl, że może posiedzę trochę u jednej i trochę u drugiej 😉 ) ale z ulgą wstałam po kilku minutach, gdy moje miejsce numer 34 się zwolniło 🙂

I to są drobiazgi…drobiazgi, które w Indiach przytrafiają się każdego dnia…Dlaczego piszę dziś o Goa? bo chcę podzielić się moją przygodą…sposobem na podróż po Indiach, którą zawsze zaczynam od tego stanu. Dla nas Europejczyków to stan idealny…taki, w którym znów bezpiecznie możemy działać intuicyjnie… zapomnieć o luksusach…cieszyć się słońcem i prostotą. Wypożyczyć za 300 rupi ( 15 zł ) skuterek…bądź nawet kultowego Royala Enfilda i śmigać po najpiękniejszych drogach wybrzeża ( bezpiecznych i prawie pustych w porównaniu do natężenia ruchu w innych zakątkach tego kraju) …zaszyć się w domku na drzewie…jeść tylko mango…i arbuzy…zamieszkać u lokalesów…gotować z nimi…zaprzyjaźnić się…ćwiczyć jogę …medytować o zachodzie…rozmawiać z szamanami i poczuć przedsmak dalszej podróży…

 

 

 

ms022-2017-09-k073-011

ms022-2017-09-k073-014as

ms022-2017-09-k070-034as

ms022-2017-09-k071-028

ms022-2017-09-k070-036as

ms022-2017-09-k070-028as

ms022-2017-09-k073-025as

ms022-2017-09-k071-015as

ms022-2017-09-k070-025

ms022-2017-09-k070-019as

ms022-2017-09-k073-009a

ms022-2017-09-k070-021

ms022-2017-09-k070-006

ms022-2017-09-k070-022s

ms022-2017-09-k070-012s

 

To jest taki symbol wolności….wolnej głowy…czystych intencji…dobra…świeżości….niezniewolonego umysłu….swobody…zaczynania wszystkiego na nowo…nieskrępowanego działania…bezkresu możliwości….niezależności…przestrzeni…. Kiedy zmieniają się kadry za oknem ….czuję to wszystko naraz …plus motyle… w ogóle bycie w drodze ma wiele wspólnego z poznawaniem siebie…filmy drogi też kręcą mnie jak żadne inne…życie jest drogą…trzeba iść…można planować ale i tak wyjdzie najczęściej coś innego z tych planów…. Moim ulubionym filmem z elementem drogi w  tle jest Transylvania Tonego Gatlifa ( wszystkie jego filmy mają w sobie ten motyw ) …Rumunia jaką pokazał, jest Rumunią jaką widzę ja….jest tajemnicza…dzika…piękna…. Chciałam Wam przedstawić kilka zdjęć z mojej wyprawy do Albanii i Rumunii… pewnie sami zgadniecie, które zdjęcia są z jakiego kraju…. W obu miejscach byłam już wcześniej i chętnie wracam…. dostałam tam masę dobrego od napotkanych ludzi… a krajobraz rozwala mnie na kawałki….  popatrzcie…pooddychajcie…  ziarno analoga ma też w sobie coś ze starych filmów… dodaje drodze uroku…